Książka, o której zamierzam dziś napisać, nie jest żadną nowinką wydawniczą. Trafiła w moje ręce za poleceniem dziewczyn z youtubowego kanału MarKa. Rzecz traktuje o Instagramie i jest niejako poradnikiem, jak prowadzić swój profil z sukcesem. Przyznam szczerze, że nazwisko autorki książki nic mi nie mówiło, ale i prawdą jest, że ja z amerykańskim świadkiem, to się raczej nie spotykam. Ale co tam, trzeba poczytać, bo temat mnie ciekawi. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Znak, a Znak byle czego raczej nie wydaje... Mowa o POKAŻ SWÓJ STYL Aimee Song.
I jakie są moje wrażenia? Otóż dosyć pozytywne, pod warunkiem, że jesteś totalnym laikiem, że albo nie wiesz czym są media społecznościowe, nigdy nie używałeś instagrama, albo nie masz bladego pojęcia lub za grosz talentu do fotografii.
Książka jest bardzo ładnie i przejrzyście wydana. Jest taka dziewczyńska. Pokazuje mnóstwo zdjęć z modowego instagrama autorki - trochę jakbyśmy przeglądali wall Jemerced albo Kasi Tusk. Autorka opowiada, jak publikować zdjęcia na instagramie, jak używać aparat w telefonie i programy do obróbki zdjęć. Opowiada jakie zdjęcia warto wstawiać, a jakich nie. Opowiada o podstawach kadrowania i pracy ze światłem. Wreszcie na ostatnich dwudziestu stronach uczy nas, co zrobić, aby nasz instagram odniósł sukces... Szczerze przeczytałam i niczego nowego się nie dowiedziłam. Jedyną ciekawą rzeczą był fakt, że codziennie, minimum raz dziennie, powinno publikować się coś nowego, spójnego treściowo i graficznie. W sumie żadna nowość - ale rzecz, o której tak łatwo się zapomina! Z drugiej strony obserwując profile dość popularnych instagramerów, którzy zasypują walle gromadą niemal identycznych zdjęć, mam poczucie produkcji taśmowej, a nie "sztuki"... I gdzie tu złoty środek?!
Ja książkę połknęłam w jeden wieczór. Czy dała mi przyjemność? - tak. Czy wiedzę? - nie. Czy ją polecam? Jeśli nie masz totalnie wiedzy o fotografii, a kręcą cię social media, to tak. Jeśli jednak, szukasz czegoś już bardziej zaawansowanego - odpuść sobie.
Swoją drogą, może polecacie jakieś godne pozycje z zakresu kreowania prywatnej marki w mediach społecznościowych? Chętnie poczytam, bo kręci mnie ten temat bardzo :) Z góry dziękuję <3
środa, 17 stycznia 2018
poniedziałek, 25 grudnia 2017
ŚWIĄTECZNE ROZDANIE KSIĄŻKOWE
Rozpakowaliście już wszystkie prezenty? Macie ochotę na jeszcze jeden? No to proszę bardzo ;) Książkowe rozdanie u Londyneczki. Może bierzecie udział w wyzwaniu - przeczytam 12 książek po angielsku w 2018 roku? Może jesteście fanami "50 twarzy Greya" albo raczej antyfanami, ktorzy tak jak ja, chcą wiedzieć, co w trawie piszczy? To rozdanie jest właśnie dla Was!
Do wygrania najnowsza, piąta już książka z serii o Christianie Greyu w języku angielskim. Zasady rozdania są mega proste!
Regulamin poniżej:
1. Aby wziąć udział w konkursie należy:
3. Spośród wszystkich prawidłowo zgłoszonych zdjęć, wylosuję jednego zwycięzcę, który otrzyma egzemplarz najnowszej książki E L James – DARKER Fifty Shades Darker as told by Christian. Nick zwycięzcy ogłoszę na moim Instagramie, fanpage'u na FB oraz na blogu.
4. Konkurs trwa od 26 do 31 grudnia 2017, do godziny 00:00. Wyniki zostaną ogłoszone następnego dnia.
5. Zwycięzca ma 2 dni na skontaktowanie się w wiadomości prywatnej na Instagramie, FB lub mailowo celem podania adresu - po upływie tego czasu i braku kontaktu nagroda przepada, a ja wybieram kolejną osobę.
6. Udział w konkursie mogą brać osoby pełnoletnie. Osoby które nie ukończyły 18. roku życia przed wzięciem udziału w konkursie muszą otrzymać zgodę rodziców lub opiekunów.
Wesołych Świąt Londyneczkowicze!!!
Do wygrania najnowsza, piąta już książka z serii o Christianie Greyu w języku angielskim. Zasady rozdania są mega proste!
Regulamin poniżej:
<<< REGULAMIN
KONKURSU #czytamzlondyneczka >>>
1. Aby wziąć udział w konkursie należy:
- posiadać konto na Instagramie
- wstawić na swój profil zdjęcie przedstawiające książkę, którą polecasz do przeczytania Londyneczce, oznaczone hasztagiem #czytamzlondyneczka (czytaj: czytam z londyneczką ;))
- wstawić na swój profil zdjęcie przedstawiające książkę, którą polecasz do przeczytania Londyneczce, oznaczone hasztagiem #czytamzlondyneczka (czytaj: czytam z londyneczką ;))
- miło gdybyś obserwował również profil
Londyneczka na Instagramie: https://www.instagram.com/londyneczka/
2. Każda osoba może dodać maksymalnie 3
zdjęcia konkursowe. Liczą się WYŁĄCZNIE zdjęcia opublikowane na Instagramie i
oznaczone wyżej wskazanym hasztagiem. Nie liczą się odpowiedzi przesłane
drogą mailową, pozostawione na blogu, czy fanpagu na FB.
3. Spośród wszystkich prawidłowo zgłoszonych zdjęć, wylosuję jednego zwycięzcę, który otrzyma egzemplarz najnowszej książki E L James – DARKER Fifty Shades Darker as told by Christian. Nick zwycięzcy ogłoszę na moim Instagramie, fanpage'u na FB oraz na blogu.
4. Konkurs trwa od 26 do 31 grudnia 2017, do godziny 00:00. Wyniki zostaną ogłoszone następnego dnia.
5. Zwycięzca ma 2 dni na skontaktowanie się w wiadomości prywatnej na Instagramie, FB lub mailowo celem podania adresu - po upływie tego czasu i braku kontaktu nagroda przepada, a ja wybieram kolejną osobę.
6. Udział w konkursie mogą brać osoby pełnoletnie. Osoby które nie ukończyły 18. roku życia przed wzięciem udziału w konkursie muszą otrzymać zgodę rodziców lub opiekunów.
7. Uczestnicy konkursu wyrażają zgodę na
wykorzystanie zdjęć konkursowych przez organizatora celem podsumowania konkursu
i akcji #czytamzlondyneczka.
ZAPRASZAM i ŻYCZĘ POWODZENIA!!!
wtorek, 5 grudnia 2017
PSIEGO NAJLEPSZEGO W. Bruce Cameron & STORYTEL.PL
Od jakichś dwóch tygodni dałam się porwać świątecznej literaturze. W końcu trzeba się wprowadzać w nastrój, prawda? A, że ostatnimi dniami mi się zachorowało i to do tego stopnia, że zbytnio nie mogę czytać, bo łzy płyną mi z oczu ciurkiem, to po raz pierwszy w życiu postanowiłam się oddać słuchaniu audibooków.
Z audiobookami to było tak... dawno temu, kiedy jeszcze studiowałam anglistykę, tak bardzo chciałam posłuchać literatury brytyjskiej podanej z pięknym akcentem - zabrałam się za Harrego Pottera i za każdym razem, po 15 minutach słuchania spałam! Nie ważne, że lubię Harrego, i kocham brytyjski akcent - autiobooki mają to do siebie, że nagrane są bardzo monotonnie i powoli - dla mnie nie do przejścia! I tak na lata dałam sobie spokój. W końcu, chyba za sprawą poleceń Magdaleny Witkiewicz, postanowiłam spróbować jeszcze raz, tym razem po polsku. Jak to mówią punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i aktualnie poszukuję okazji do obcowania z językiem ojczystym ;)
No i zarejestrowałam się na storytel.pl. Założyłam konto z użyciem e-mail. Podałam numer karty kredytowej i rozpoczął się mój dwutygodnowy darmowy okres próbny. Po tym okresie opłata wynosi 29,90 zł za miesiąc, zatem wydaje mi się, że nie są to duże pieniądze, biorąc pod uwagę, ile kosztują książki. Jak sądzicie?
Niestety, nie przeczytałam regulaminu i okazało się, że aplikacja nie jest dostępna na terenie UK. Chciałam zamknąć konto ale jakoś nie mogłam znaleźć zakładki na stronie i zapomniałam o całej sprawie ;) W końcu napisałam do działu odsługi klienta i w ciągu pół godziny otrzymałam pomoc!!! Zaoferowano mi zamknięcie konta i zwrot opłaty lub możliwość instalacji aplikacji na Androida, którą przesłano mi w załączniku. Brawo za profesjonalizm! Wprawdzie używam iPhona, ale mam jeszcze tablet, na którym i tak czytam książki z Legimi, to dlaczego by jeszcze ich nie słuchać?! I tak, odsłuchałam moją pierwszą książkę. O aplikacji storytel.pl muszę powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz, a właściwie dwie - wybrane książki możemy pobrać na nasze urządzenie i słuchać ich w trybie offline, a także możemy zmieniać tempo odsłuchu - ja słucham w przyspieszeniu ;)
No to czas na właściwą recenzję. "Psiego najlepszego" to świąteczna książka autora hitowej powieści "Był sobie pies". Muszę przyznać, że fanką psich powieści nie jestem, ale o tej książce w mediach społecznościowych jest na tyle głośno, że postanowiłam mieć o niej własne zdanie. I trochę mam problem ze stwierdzeniem dla kogo ta książka jest, bo mogłaby być dla starszych nastolatków, ale "ludzka" historia raczej nie wyda im się interesująca. Mogłaby być to powieść rodzinna, ale wówczas ta historia wydaje się być nieco nieodpowiednia dla dzieci. Wreszcie dla dorosłego czytelnika ilość cukru w cukrze w tej historii może być zwyczajnie nie do zniesienia - powiem szczerze, gdybym czytała tę książkę, nie dotrwałabym do końca... Żadnych zwrotów akcji, żadnych niespodzianek, miałka słodka historyjka o miłości, ale ani to miłość romantyczna, ani tragiczna, taka raczej przypadkowa - skoro się spotkaliśmy, to bądźmy razem i tyle. I do tego dużo psów. Ale jak na psią historię, to brak tu jakichś intersujących wątków choćby zahaczających o psychologię zwierząt. Słuchając tej książki miałam wrażenie, że na fali popularności "Był sobie pies" wydawca przekonał autora do wyprodukowania książki świątecznej, bo przecież to będzie złoty interes - i chyba jest!? Bo mimo, że historia miałka, to tłumaczona na inne języki i promowana wśród blogerów - interes się kręci, a naprawdę godne książki leżą niezauważone na półkach księgarni :(
Z audiobookami to było tak... dawno temu, kiedy jeszcze studiowałam anglistykę, tak bardzo chciałam posłuchać literatury brytyjskiej podanej z pięknym akcentem - zabrałam się za Harrego Pottera i za każdym razem, po 15 minutach słuchania spałam! Nie ważne, że lubię Harrego, i kocham brytyjski akcent - autiobooki mają to do siebie, że nagrane są bardzo monotonnie i powoli - dla mnie nie do przejścia! I tak na lata dałam sobie spokój. W końcu, chyba za sprawą poleceń Magdaleny Witkiewicz, postanowiłam spróbować jeszcze raz, tym razem po polsku. Jak to mówią punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i aktualnie poszukuję okazji do obcowania z językiem ojczystym ;)
No i zarejestrowałam się na storytel.pl. Założyłam konto z użyciem e-mail. Podałam numer karty kredytowej i rozpoczął się mój dwutygodnowy darmowy okres próbny. Po tym okresie opłata wynosi 29,90 zł za miesiąc, zatem wydaje mi się, że nie są to duże pieniądze, biorąc pod uwagę, ile kosztują książki. Jak sądzicie?
Niestety, nie przeczytałam regulaminu i okazało się, że aplikacja nie jest dostępna na terenie UK. Chciałam zamknąć konto ale jakoś nie mogłam znaleźć zakładki na stronie i zapomniałam o całej sprawie ;) W końcu napisałam do działu odsługi klienta i w ciągu pół godziny otrzymałam pomoc!!! Zaoferowano mi zamknięcie konta i zwrot opłaty lub możliwość instalacji aplikacji na Androida, którą przesłano mi w załączniku. Brawo za profesjonalizm! Wprawdzie używam iPhona, ale mam jeszcze tablet, na którym i tak czytam książki z Legimi, to dlaczego by jeszcze ich nie słuchać?! I tak, odsłuchałam moją pierwszą książkę. O aplikacji storytel.pl muszę powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz, a właściwie dwie - wybrane książki możemy pobrać na nasze urządzenie i słuchać ich w trybie offline, a także możemy zmieniać tempo odsłuchu - ja słucham w przyspieszeniu ;)
No to czas na właściwą recenzję. "Psiego najlepszego" to świąteczna książka autora hitowej powieści "Był sobie pies". Muszę przyznać, że fanką psich powieści nie jestem, ale o tej książce w mediach społecznościowych jest na tyle głośno, że postanowiłam mieć o niej własne zdanie. I trochę mam problem ze stwierdzeniem dla kogo ta książka jest, bo mogłaby być dla starszych nastolatków, ale "ludzka" historia raczej nie wyda im się interesująca. Mogłaby być to powieść rodzinna, ale wówczas ta historia wydaje się być nieco nieodpowiednia dla dzieci. Wreszcie dla dorosłego czytelnika ilość cukru w cukrze w tej historii może być zwyczajnie nie do zniesienia - powiem szczerze, gdybym czytała tę książkę, nie dotrwałabym do końca... Żadnych zwrotów akcji, żadnych niespodzianek, miałka słodka historyjka o miłości, ale ani to miłość romantyczna, ani tragiczna, taka raczej przypadkowa - skoro się spotkaliśmy, to bądźmy razem i tyle. I do tego dużo psów. Ale jak na psią historię, to brak tu jakichś intersujących wątków choćby zahaczających o psychologię zwierząt. Słuchając tej książki miałam wrażenie, że na fali popularności "Był sobie pies" wydawca przekonał autora do wyprodukowania książki świątecznej, bo przecież to będzie złoty interes - i chyba jest!? Bo mimo, że historia miałka, to tłumaczona na inne języki i promowana wśród blogerów - interes się kręci, a naprawdę godne książki leżą niezauważone na półkach księgarni :(
sobota, 18 listopada 2017
KRYSTYNO, NIE DENERWUJ MATKI Michalina Grzesiak
Recenzję tej książki mogłabym zakończyć po pierwszym zdaniu – co ja się naśmiałam! Bo tak właśnie było! Codziennie rano przez jakieś 3 dni, od 7:00 do 8:00 rano, w pociągu linii Picadilly Line, ludzie patrzyli na mnie trochę jak na wariatkę, która bladym świtem cieszy się jak głupek do książki. Ale kiedy ja się nie mogłam ogarnąć. Przygoda z tą książką to było trochę, jak przeglądanie się w krzywym zwierciadle, bo myśle, że każdy trzydziestokilkulatek, który nie bierze życia zbyt serio znajdzie w tej książce kawałek siebie!
A mowa o „Krystyno, nie denerwuj matki” Michaliny Grzesiak z wiele mówiącym podtytułem – Jaki kraj takie Hygge... Czy trzeba Wam czegoś więcej żeby sięgnąć po tę książkę?! Na okładce modelowa rodzina 2 + 2 nad polskim morzem (tylko parawanu brak), w tle kopulujące pieski, wewnątrz cudne ilustracje, zakładka z wydalającym pieskiem i dowcip rodem z Janina Daily. Czy ktoś się orientuje, czy obie Panie się znają, tzn. Janina Bąk i Michalina Grzesiak – w moim odczuciu duchowe bliźniczki!
Ale do rzeczy. „Krystyno...” to niby zwyczajna opowieść o powszednim życiu wspólnie dojrzewającej pary. On i ona znają się od dziecka, w czasach studenckich gdzieś ich drogi się rozchodzą, by znów w dorosłym życiu miały się połączyć. Pachnie romansem? Nic bardziej mylnego! Oni strzelają sobie bobasa – na początek Krystynę. Żyją na walizkach, z kredytami, w wynajętych mieszkaniach, w różnych krańcach Polsk,i z budżetem dziennym 7 zł na rodzinę. Szarość życia codziennego. I ta codzienność mogłaby ich złamać. Mogliby się rozstać milion razy – bo milion razy się wkurzają, kłócą, zawodzą, ale oni trwają, bo się zwyczajnie kochają. I kochają się wcale nie romantycznie, tylko tak normalnie, życiowo – wśród bluzgów, brudnych pieluch i zapchanych toalet.
Bo kto nigdy nie pierdział przy swoim partnerze, ten nie był w prawdziwym związku ;) Karolina Coelho
I to nie fabuła najbardziej porywa w tej książce, bo wręcz identyczne historie każdy z nas może znaleźć w swoim domu, a język! Poczucia humoru i dystansu – tego uczmy się Kochani od Michaliny Grzesiak, a będzie nam się żyło jakby trochę lżej. Serdecznie polecam! Lektura obowiązkowa!!!
A mowa o „Krystyno, nie denerwuj matki” Michaliny Grzesiak z wiele mówiącym podtytułem – Jaki kraj takie Hygge... Czy trzeba Wam czegoś więcej żeby sięgnąć po tę książkę?! Na okładce modelowa rodzina 2 + 2 nad polskim morzem (tylko parawanu brak), w tle kopulujące pieski, wewnątrz cudne ilustracje, zakładka z wydalającym pieskiem i dowcip rodem z Janina Daily. Czy ktoś się orientuje, czy obie Panie się znają, tzn. Janina Bąk i Michalina Grzesiak – w moim odczuciu duchowe bliźniczki!
Ale do rzeczy. „Krystyno...” to niby zwyczajna opowieść o powszednim życiu wspólnie dojrzewającej pary. On i ona znają się od dziecka, w czasach studenckich gdzieś ich drogi się rozchodzą, by znów w dorosłym życiu miały się połączyć. Pachnie romansem? Nic bardziej mylnego! Oni strzelają sobie bobasa – na początek Krystynę. Żyją na walizkach, z kredytami, w wynajętych mieszkaniach, w różnych krańcach Polsk,i z budżetem dziennym 7 zł na rodzinę. Szarość życia codziennego. I ta codzienność mogłaby ich złamać. Mogliby się rozstać milion razy – bo milion razy się wkurzają, kłócą, zawodzą, ale oni trwają, bo się zwyczajnie kochają. I kochają się wcale nie romantycznie, tylko tak normalnie, życiowo – wśród bluzgów, brudnych pieluch i zapchanych toalet.
Bo kto nigdy nie pierdział przy swoim partnerze, ten nie był w prawdziwym związku ;) Karolina Coelho
I to nie fabuła najbardziej porywa w tej książce, bo wręcz identyczne historie każdy z nas może znaleźć w swoim domu, a język! Poczucia humoru i dystansu – tego uczmy się Kochani od Michaliny Grzesiak, a będzie nam się żyło jakby trochę lżej. Serdecznie polecam! Lektura obowiązkowa!!!
GRZECH Max Czornyj
Recenzję poniższej książki obiecałam już dawno temu, a że
ostatnimi czasy mam niemałe urwanie głowy, na obietnicach się skończyło. W
końcu dopadło mnie chorubsko, więc odespawszy gorączkę, piszę spod kołdry.
Zupełnie na początku miesiąca, (zatem książka powinna zostać
zaliczona do październikowych raczej, niż listopadowych) skończyłam czytać
debiutancką książkę Maxa Czornyja „Grzech”.
Jako że niedawno byłam w Polsce, w czasie jednego z
obowiązkowych spacerów po księgarni, wpadła mi w oko naprawdę ciekawa okładka -
czarna, matowa, tytuł uszlachetniony w kolorze biało - czerwonym – no rzuca się w oczy
i wygląda zacnie. Nazwisko autora nie powiedziało mi nic. Jak się okazało to
debiut, więc nic dziwnego, choć przyznać trzeba, że wydawnictwo zadbało o
intrygujące foto pisarza – przystojny chłopina! Tytuł Grzech, pod nim cytat z
Biblii, z tyłu zapowiedź kryminału z podtekstem religijnym... obudziła się we
mnie dusza już wprawdzie chyba emerytowanego teologa. Ciekawość wzięła górę i
książka powędrowała do koszyczka.
Kiedy zabrałam się za czytanie, przyznam na początku
zapowidało się nieźle. Wprawdzie był deszczowy wieczór, ja byłam sama w domu, w
mieszkaniu zapalona była tylko lampka nocna, a nastrój książki powodował, że
każde skrzypnięcie przyprawiało mnie o szybsze bicie serca. Poznajemy pisarza,
którego żona została porwana w tajemniczych okolicznościach. Rozpoczyna się
śledztwo. Jest bystry komisarz i jakaś taka „niepolska” jednostka policji. Okazuje
się, że porwana nie jest pierwszą zaginioną, a że komisarz ma dorosłą,
atrakcyjną córkę, której wątek wciąż przwija się w książce, nie trzeba być
Sherlockiem, żeby się domyślić, kto będzie ostatnią ofiarą przestępcy. I nie,
nie jest to spoiler – tylko drobna uszczypliwość względem autora ;).
Giną kolejne kobiety. Policja odnajduje kolejne zmasakrowane
ciała. Brakuje klucza do rozwiązania zagadki. Poszlaki wskazują na podłoże
satanistyczne – i ten satanizm właśnie jest bardzo powierzchownie ujęty, taka typowa
popkultura. Jakby zabrakło porządnego researchu. I w tym wszystkim zastanawia
ten cytat biblijny na okładce i zapowiedź kryminału o podłożu religijnym –
jakoś tego akurat w tej książce nie znalazłam. Spodziewałam się, że to może
będzie opowieść o jakimś zdewociałym mordercy, który w imię Boże morduje
kobiety nieżądne, czy coś... A satanizm bez podstaw, tak trochę jakby dla
zabawy, muszę przyznać, nawet mnie zawiódł.
Wreszcie, muszę powiedzieć o jeszcze jednej kwestii.
Odniosłam wrażenie, że autor w czasie pisania powieści zmienił jej koncepcję,
ale zamiast zacząć pisanie od nowa, trochę jakby na siłę pousuwał głównych bohaterów
– jak dokładnie, przekonajcie się sami podczas lektury. Bo może nieco przekornie, ale do lektury tej
książki Was zachęcam – chociażby po to, aby się zgodzić lub nie z moimi uwagami
;).
Na koniec powiem Wam, że zupełnie przypadkiem miałam okazję
zamienić słów kilka z Panem Maxem na Instagramie, gdzie uczestniczyłam w
dyskusji na temat Jego książki pod postem ruderecenzuje – był zasmucony faktem,
że niezbyt mi się Jego książka podobała i wyraził nadzieję, że kolejna będzie
już bardziej w moim guście. Czy się na nią skuszę? Zapewne tak. Teraz powiem
szczerze, nawet czuję się zobowiązana;) Trzymam kciuki za Pana Maxa i wydawnictwo
Filia, a by dalej wydawało tak przyjemne dla oka i dłoni książki.
środa, 25 października 2017
ŚLADY Jakub Małecki
To będzie bardzo krótka recenzja. Mogłabym napisać jedno
zdanie: O mój Boże... I na tym zakończyć. Dawno lekturą żadnej książki tak
bardzo się nie umęczyłam, jak tym razem.
Za sprawą portalu czytampierwszy.pl w moje ręce wpadło
wydanie finalne „Śladów” Jakuba Małeckiego. Opis książki nieco tajemniczy,
zapowiadał nastrój realizmu magicznego. Sam autor również zbierał dotychczas
pozytywne recenzje. Chyba nie widziałam złej opinii na temat jego „Dygotu”, książki dzięki której przedarł się do
szerokiej świadomości czytelniczej w Polsce. I tak pozytywnie i optymistycznie
nastawiona na kawałek dobrej literatury zabrałam się za „Ślady”. I miało być
tak pięknie... Przeczytałam 10 stron i zasnęłam. Wróciłam do początku i czytałam dalej ale wciąż jakby było o
niczym, znowu zasnęłam. Do czytania rano w metrze ta książka z pewnością się
nie nadawała. Ale dałam jej jeszcze szansę. I nic! Wielkie nic! To najbardziej
depresyjna i denerwująca książka o niczym! Jest to zbiór opowiadań bez głębi.
Niby losy bohaterów mają się ze sobą przeplatać, ale koniec końców wygląda to
tak, jakby wszyscy dziwacy i popaprańcy tego świata byli ze sobą spokrewnieni.
Mamy tu grono niezdiagnozowanych autystyków z dziwnym pędem ku śmierci. Tak
naprawdę każdy rozdział (i tu przepraszam za spoiler) śmiercią się kończy!
Serio?! No ileż można czytać o śmierci? Czy autor pisząc tę książkę był
pogrążony w głębokiej depresji? Bo czytając, normalnie miałam ochotę mu
pomóc... Także Panie Jakubie, jakby co, służę pomocą!
Podsumowując, jeśli jest Ci za wesoło w życiu, masz ochotę się
zdołować, doznać takiego uczucia jakby ci ktoś dłubał palcem w ranie, to śmiało
bierz się za tę książkę! Mnie ta książka skutecznie zniechęciła do innych „dzieł”
tego samego autora, już nie chcę czytać ani „Rdzy”, ani wspomnianego wcześniej „Dygotu”,
chyba że umiecie wpłynąć na moją decyzję??? Czekam.
niedziela, 22 października 2017
MALI BOGOWIE Paweł Reszka
Książka, o której zamierzam napisać dziś kilka słów to
pozycja, którą owszem czyta się łatwo,
ale w odbiorze łatwa na pewno nie jest. Jest to książka, po której przeczytaniu
chciałam nabrać odrobinę dystansu. Najpierw chciałam zebrać myśli, żeby móc ją w
miarę obiektywnie zrecenzować. Jednak wciąż wątpię, czy uda mi się jako taki
obiektywizm zachować... A mowa będzie o zbiorze anonimowych, krótkich rozmów z
polskimi lekarzami zebranych przez Pawła Reszkę w książce pt. „Mali bogowie”.
Zbiór jest o tyle ciekawy, że autor dotarł do lekarzy z
dużych miast i małych miasteczek, do tych pracujących w wielkich
wyspecjalizowanych klinikach, jak i maleńkich ośrodkach zdrowia. Rozmawiał z
profesorami, rezydentami, stażystami, studentami medycyny, lekarzami z tak
zwanego „powołania” i typowami „prywaciarzami”. Wreszcie autor sam zatrudnił
się w szpitalu jako salowy, by poznać system od środka. I tak, całość składa
się na gorzki portret polskiego systemu ochrony zdrowia. Chociaż zasadność
użycia słowa –ochrona- zdaje się być nieco wątpliwa, jeżeli pod uwagę weźmiemy,
jak ów system w Polsce jest skonstruowany...
Lekarze obiektywnie zarabiają mało. Podstawowa pensja to
2200zł... Brać odpowiedzialność za cudze życie za takie pieniądze?! Szaleństwo!
Owszem, lekarze mają szansę zwiększyć swój przychód. Biorą dyżur za dyżurem,
przyjmują w prywatnych gabinetach, klinikach, przychodniach i gdzie nie tylko.
Na ich pracę jest zapotrzebowanie. Czy to dziwne, że chcą zarabiać? Nie!
Wykonują naprawdę ciężki i odpowiedzialny zawód i za ich pracę należą im się pieniądze.
W całym systemie chore jest tylko to, że niestety w Polsce nie ma ograniczeń
czasu pracy lekarzy, bo w szpitalu nie pracuje lekarz, tylko jego firma, a ta
może dyżurować 24h na dobę, 7 dni w tygodniu... Tylko, że za tym stoi przemęczony człowiek.
Lekarze nie mówią, że jest im źle, że zarabiają mało! Nie! Oni tylko przyznają,
że ponoszą za wysoką cenę, pracując stanowczo za dużo... Oni zwyczajnie, po ludzku, chcieliby pracować
mniej, a może dzięki temu lepiej - ze świeższą głową i szczęśliwszym sercem.
Lekarz też człowiek i czas z rodziną by chciał spędzać, prawda?
Ta refleksja najbardziej mną „zatrzęsła” w czasie lektury.
Lekarzy z natury szanuję i doceniam. Chociaż przyznam, że w książce
antyprzykładów również nie brakuje. Sporo tu znajdziemy „prywaciarzy”, lekarzy, którzy więcej wspólnego mają
wspólnego z biznesem, niż dobrem pacjenta... tacy Rydzykowie polskiej medycyny –
o tych warto poczytać o przestrodze.
Dalej, warto poczytać wyznania lekarza rodzinnego - który w
osiedlowej przychodni, uwięziony niczym
w klatce, boi się wyjść ze swojego gabinetu chociażby do toalety albo zjeść
kanapkę - jest zmuszony wysłuchiwać rządań wszechwiedzących pacjentów... Pewnie
wielu znas, pacjentów mogłoby się uderzyć w pierś i zastanowić, czy chociaż
raz, idiotycznie roszczeniowo się nie zachowało, prawda?...
Książka porusza jeszcze wiele interesujących wątków. To taki
swoisty Polaków portret własny, tym razem w medycznej odsłonie. Jeśli tylko nie
boisz się krytycznie spojrzeć na otoczenie, to koniecznie tę książkę
przeczytaj! Jednak ostrzegam. Może zaboleć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
