Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KRYMINAŁ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KRYMINAŁ. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 czerwca 2019

KÓŁKO SIĘ PANI URWAŁO Jacek Galiński


„Kółko się pani urwało”, powiedział chłopak w dobrej wierze do starszej pani. Na co ona odparała, patrzcie go, Nostrodamus się znalazł. Tak brzmi jedno z pierwszych zdań powieści Jacka Galińskiego, która prawdopodobnie rozbawi Was do łez… a jeżeli skusicie się na audiobooka, to interpretacja Elżbiety Kijowskiej uczyni postać głównej bohaterki jeszcze prawdziwszą!
 

 Pewnego dnia Pani Zofia, leciwa już warszawska dama udała się ze swoim nieśmiertelnym wózeczkiem zakupowym na promocję do nowootwartego marketu po kurczaczka na promocji. Pech chciał, że drób wyprzedano, kółko od jej wózka odpadło, jej nowy aparat słuchowy zawodził i nie mogła już w pełni inwigilować życia sąsiadów i współtowarzyszy podróży tramwajem, a na dodatek… włamano się do jej mieszkania!
Drzwi wyważono, bałagan okrutny, zginęły oszczędności na lepszą przyszłość jej wnuka, dokumenty jej męża oraz zbeszczeszczono jego mundur galowy, bo ów był wojskowym. Tego było za wiele! Pani Zofia wezwała policję, jednak ta w jej mniemaniu była zbyt opieszała…

Starsza Pani wzięła sprawy w swoje ręce! Szybko namierzyła „winnego” i postanowiła wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. A nie przebierała w środkach! Nie straszne jej było podpalenie śmietnika, przy okazji zamach na życie bezdomnego, włamanie z łomem, kradzież, zacieranie śladów i wiele innych. Pani Zofii inwencji i odwagi nie brakuje nigdy! Ona zawsze wie lepiej, jest sprytniejsza i zaradniejsza, choć wiek już nie ten! Zofia, stając nawet twarzą w twarz z półświatkiem, grzecznie nazywa swojego oprawcę panem bandziorem i nie przestaje go strofować i pouczać…

Bo uroku Pani Zosi absolutnie nie można odmówić i jeżeli tylko dacie się porwać jej postaci, gwarantuję Wam, że następnego dnia po skończonej lekturze, będziecie już za starszą panią tęsknić! Nie jestem tylko pewna, czy ktokolwiek z nas chciałby drogą nam Zosieńkę spotkać osobiście, czy jedynie poczytać o niej na kartach świetnie napisanej komedii kryminalnej, której z radością polecam. 

A jeżeli masz ochotę bliżej poznać Panią Zofię, zapraszam do obejrzenia mojego filmu na YouTube o tej właśnie pozycji, tam znajdziesz więcej informacji, jak posłuchać lub poczytać tę lub inne powieści zupełnie za darmo.

poniedziałek, 20 maja 2019

NAGRANIE Małgorzata Falkowska


I znów jest grudzień, zostało kilka dni do Bożego Narodzenia. W Toruniu znów głośna staje się sprawa zaginięć młodych mężczyzn. Policja nie może znaleźć klucza do rozwiązania zagadki. Komisarz prowadzący sprawę szuka pomocy u lokalnej jasnowidz, a tymczasem ginie kolejny mężczyzna, a rodziny poprzednich zaginionych otrzymują od nich pożegnalne przesyłki. Rozpoczyna się walka z czasem. Poszlaki prowadzą do fundacji wspierającej przeszczep organów, a czytelnik zaczyna odczuwać nieprzyjemny dreszczyk na karku.


Wartko napisany thriller pióra młodziutkiej autorki, która dotąd próbowała swoich sił w literaturze kobiecej.
Powieść trzyma w napięciu do ostatniej strony. Nie jest łatwo zgadnąć, kto stoi za porwaniami i jaki jest ich cel. Owszem, można snuć domysły, ale po to przecież czytamy thrillery, by samodzielnie szukać rozwiązania zagadki.
W czasie lektury jednak dręczyło mnie pytanie, po co właściwie jest policja? Autorka wykreowała obraz nieco nieporadnych policjantów, totalnie zagubionych w obliczu nowych technologii i pozbawionych zdolności myślenia poza schematami. Mamy tu obraz szefa wydziału, który bez sensu pokrzykuje i komisarza, który jeździ po całej Polsce sprawdzając wydumane poszlaki, które pewnie możnaby sprawdzić telefonicznie, mailowo lub we współpracy z lokalną policją. Ale ja się nie znam, w policji nigdy nie byłam. Na szczęście są osoby postronne! I to one ratują komisarza i pomagają rozwikłać zagadkę zaginięć!

Po lekturze ostatniego rozdziału autorka pozwala nam myśleć, że książka będzie miała swoją kontunuację. Zarówno porywacz nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa, jak i na gruncie obyczajowym może się jeszcze wiele wydarzyć…

Serdecznie polecam!


sobota, 18 listopada 2017

GRZECH Max Czornyj

Recenzję poniższej książki obiecałam już dawno temu, a że ostatnimi czasy mam niemałe urwanie głowy, na obietnicach się skończyło. W końcu dopadło mnie chorubsko, więc odespawszy gorączkę, piszę spod kołdry.

Zupełnie na początku miesiąca, (zatem książka powinna zostać zaliczona do październikowych raczej, niż listopadowych) skończyłam czytać debiutancką książkę Maxa Czornyja „Grzech”.


Jako że niedawno byłam w Polsce, w czasie jednego z obowiązkowych spacerów po księgarni, wpadła mi w oko naprawdę ciekawa okładka - czarna, matowa, tytuł uszlachetniony w kolorze biało - czerwonym – no rzuca się w oczy i wygląda zacnie. Nazwisko autora nie powiedziało mi nic. Jak się okazało to debiut, więc nic dziwnego, choć przyznać trzeba, że wydawnictwo zadbało o intrygujące foto pisarza – przystojny chłopina! Tytuł Grzech, pod nim cytat z Biblii, z tyłu zapowiedź kryminału z podtekstem religijnym... obudziła się we mnie dusza już wprawdzie chyba emerytowanego teologa. Ciekawość wzięła górę i książka powędrowała do koszyczka.

Kiedy zabrałam się za czytanie, przyznam na początku zapowidało się nieźle. Wprawdzie był deszczowy wieczór, ja byłam sama w domu, w mieszkaniu zapalona była tylko lampka nocna, a nastrój książki powodował, że każde skrzypnięcie przyprawiało mnie o szybsze bicie serca. Poznajemy pisarza, którego żona została porwana w tajemniczych okolicznościach. Rozpoczyna się śledztwo. Jest bystry komisarz i jakaś taka „niepolska” jednostka policji. Okazuje się, że porwana nie jest pierwszą zaginioną, a że komisarz ma dorosłą, atrakcyjną córkę, której wątek wciąż przwija się w książce, nie trzeba być Sherlockiem, żeby się domyślić, kto będzie ostatnią ofiarą przestępcy. I nie, nie jest to spoiler – tylko drobna uszczypliwość względem autora ;).

Giną kolejne kobiety. Policja odnajduje kolejne zmasakrowane ciała. Brakuje klucza do rozwiązania zagadki. Poszlaki wskazują na podłoże satanistyczne – i ten satanizm właśnie jest bardzo powierzchownie ujęty, taka typowa popkultura. Jakby zabrakło porządnego researchu. I w tym wszystkim zastanawia ten cytat biblijny na okładce i zapowiedź kryminału o podłożu religijnym – jakoś tego akurat w tej książce nie znalazłam. Spodziewałam się, że to może będzie opowieść o jakimś zdewociałym mordercy, który w imię Boże morduje kobiety nieżądne, czy coś... A satanizm bez podstaw, tak trochę jakby dla zabawy, muszę przyznać, nawet mnie zawiódł.

Wreszcie, muszę powiedzieć o jeszcze jednej kwestii. Odniosłam wrażenie, że autor w czasie pisania powieści zmienił jej koncepcję, ale zamiast zacząć pisanie od nowa, trochę jakby na siłę pousuwał głównych bohaterów – jak dokładnie, przekonajcie się sami podczas lektury.  Bo może nieco przekornie, ale do lektury tej książki Was zachęcam – chociażby po to, aby się zgodzić lub nie z moimi uwagami ;).


Na koniec powiem Wam, że zupełnie przypadkiem miałam okazję zamienić słów kilka z Panem Maxem na Instagramie, gdzie uczestniczyłam w dyskusji na temat Jego książki pod postem ruderecenzuje – był zasmucony faktem, że niezbyt mi się Jego książka podobała i wyraził nadzieję, że kolejna będzie już bardziej w moim guście. Czy się na nią skuszę? Zapewne tak. Teraz powiem szczerze, nawet czuję się zobowiązana;) Trzymam kciuki za Pana Maxa i wydawnictwo Filia, a by dalej wydawało tak przyjemne dla oka i dłoni książki.

piątek, 13 października 2017

DO TRZECH RAZY ŚMIERĆ Alek Rogoziński



”Do trzech razy śmierć” Alka Rogozińskiego, to pierwsza pozycja tego autora, która wpadła mi w ręce. A jak do tego doszło? Otóż z racji, że od niedawna mam szczególną melodię na thrillery i kryminały, co dotychczas było zjawiskiem u mnie dość niespotykanym,  to wśród nowości wydawniczych natrafiłam na „Lustereczko powiedz przecie” Alka Rogozińskiego właśnie. Książka zebrała pochlebe recenzje, mając opinię lekkiej, łatwej i rozrywkowej. Sama doczytałam, że autor osobiście przyjaźni się z Magdaleną Witkiewicz, której książki przecież cudnie mnie relaksują. A na dodatek główna bohaterka „Lustereczka”, czyli Róża Krull, jak nie dosłownie autor nam podpowiada, na osobie Witkiewicz właśnie, jest wzorowana. Te składowe sprawiły, że me serce szybciej zabiło, palce w wyszukiwarce wystukały tytuł i kicha… Na Legimi tytuł niedostępny! Ucięłam sobie przemiłą pogawędkę z autorem na Instagramie, dowiedziałam się, że przyjdzie mi poczekać ładnych kilka dni, w tak zwanym między czasie zamówiłam online wersję papierową książki, która miała na mnie czekać w domu w Polsce i szybciutko zabrałam się za lekturę pierwszej książki z serii o Róży, bo ja chciałam teraz i już i od razu. 


I przyznać muszę czytało się wyśmienicie i szybko. „Do trzech razy śmierć” to klasyczny kryminał z trzema trupami  - jak łatwo wywnioskować z tytułu. I to, co mi się najbardziej podobało, te trupy właściwie stanowiły jedynie tło książki. Z jednej strony mamy tu klasyczną historię niczym u Agathy Christie, a z drugiej cudowną zabawę samą koncepcją kryminału. W moim odczuciu jest to nic innego, jak taki bardzo smaczny, cudownie podany pastisz. Taka lekka satyra na tzw. „szołbiznes” pełen zazdrości i zawiści ubrany w płaszczyk przyjaźni, tu wpleciona w historię o literatach. Autor nie oszczędził nawet blogerkom, chociaż te potraktował bardzo łaskawie ;)

Ot, w sielskim anielskim dworku, na zjeździe literatów, spotykają się najznamienitsze polskie pisarki. Nagle zaczynają ginąć ludzie, a przy ich ciałach morderca pozostawia swoją pieczęć - czarną różą. Okazuje się, że scenariusz morderstw oparty jest na powieści autorstwa najsłynniejszej polskiej autorki kryminałów Róży Krull – nieco roztargnionej, ale na pewno bystrej i przezabawnej domorosłej pani detektyw, która bardzo stara się być sprytniejsza od policji, prowadząc swoje prywatne śledztwo w sprawie.

To, co w książce najbardziej bawi, to dowcip sytuacyjny i słowny, cięte riposty powodują nieustanny uśmiech. O zawrót głowy przyprawia jedynie nadmiar bohaterów. Na szczęście na poszątku jest spis postaci, do którego zawsze możemy wrócić! 
Ja przyznam się szczerze, nawet gdy padło nazwisko mordercy, musiłam wrócić do spisu osób, bo zwątpiłam, kim ona/on był. Ale co tam! To nie ważne! Ważniejsza była zabawa jaką miałam przy lekturze! Teraz tylko muszę znaleźć chwilę, żeby złapać za „Lustereczko”.

wtorek, 3 października 2017

CISZA. KRONIKA ŻYCIA PEWNEGO MORDERCY Thomas Raab

„Cisza. Kronika życia pewnego mordercy”  Thomasa Raaba, to książka, którą śmiało można ocenić po okładce. Ciekawych okładek na polskim rynku wydawniczym nie można znaleźć zbyt wiele, ta zaś wpada w oko, a sama książka zapada w pamięć.


Od razu mówię, że  nie jest to pozycja ani łatwa, ani lekka. Czy jest  to książka wybitna? Otóż, na początku myślałam, że tak. Do połowy nie mogłam się od niej oderwać, a potem, z każdą kolejną stroną, miałam dziwne wrażenie, że autor zmienił koncepcję książki, aż w końcu doszłam do wniosku, że upchnął trzy powieści w jednej. Jednak to uczucie, któremu z pewnością wciąż brak dystansu, nie zmienia jednego – jest to książka, którą niewątpliwie warto przeczytać.

Tym razem przed lekturą książki poczytałam kilka opinii w internecie. Jej podstawowy opis,  teraz gdy do niego wróciłam, pokazuje jedno – jego autor przeczytał może 150 stron książki i ostatnią kartkę – wierutna bzdura! Dalej można znaleźć porównania do „Pachnidła”, na pewno przynajmniej początek w klimacie jest utrzymany. Mi na myśl przychodził jeszcze polski film „Lincz”, kto siądzie do książki niech spróbuje znaleźć podobieństwa.

A o czym jest książka?

Jest to historia życia urodzonego w 1982 roku Karla - chłopca, który przychodzi na świat w małej wsi, w rodzinie składającej się z milczącego ojca i nad wyraz gadatliwej matki. Od chwili narodzin widać, że z dzieckiem coś jest nie tak. Z czasem okazuje się, że cierpi on na nadwrażliwość słuchową. Wiejskie środowisko nie sprzyja rehabilitacji chłopca. Rodzice, by przynieść mu ulgę, zapewniają mu schronienie w piwnicy. I tak, chłopiec spędzając życie pod ziemią, ucieka w świat ciszy i ciemności.  Po raz pierwszy świadomie opuszcza dom  w wieku 9 lat, gdy pogrążona w depresji matka, zabiera go nad staw, gdzie następnie popełnia samobójstwo. To zdarzenie wywiera piętno na dalszym życiu chłopca. Gdy na twarzy wyłowionego z wody ciała matki dostrzega łagodny uśmiech, w śmierci odnajduje doskonałą drogę do ciszy, która dla Karla jest symbolem wolności. I tak chłopiec postanawia nieść w swoisty sposób  pojęte dobro, zadając śmierć ludziom i zwierzętom. Ale ta książka, to nie tylko spis jego „dobroczynnych morderstw”, to także opis reakcji świata zewnętrznęgo na jego poczynania, opis chęci wspomnianego wcześniej linczu, rządzy krwi i wreszcie ucieczki Karla przed niezrozumieniem.  Ucieczki do świata, w którym sam nie bojąc się śmierc, Karl może nieść pomoc innym w ostatnm przejściu. Wreszcie jest to także opis niewinnej miłości, o końcu jednego życia i początku nowego. Więcej o treści mówić nie chcę. Przeczytajcie sami.

Co mnie najbardziej w tej książce zainteresowało? Jej wydźwięk etyczny. Relatywność wartości ze względu na sposób wychowania. W tym przypadku raczej możemy mówić o braku wychowania, niż jego sposobie, bo rodzice jakby uciekli przez problemem, odcięli się od swojego dziecka, nie szukali dla niego pomocy. Zaspokajali minimum jego potrzeb, nie tłumacząc mu zawiłości tego świata. Społeczeństwo także pozostawało obojętne na potrzeby chłopca. I tak, pomimo jego niebywałej inteligencji, ale i specjalnych potrzeb edukacyjnych oraz braku wzorca w zachowaniu, chłopiec buduje swój własny system etyczny. Śmierć jest uwolnieniem. To życie doczesne niesie smutek, a śmierć daje radość. Zastanawia jedno... Akcja książki dzieje się w latach ’80. Karl jest rok starszy ode mnie. Owszem, jest to fikcja literacka, ale pojawia się pytanie, ile na świecie jest takich „niedokochanych”, zapomnianych dzieci, których nie ma kto wychować.


Smutek – to emocja, która towarzyszy mi na myśl o tej książce.